niedziela, 15 marca 2015

#6.

Na starcie małe ogłoszenie parafialne - imię głównej bohaterki zostało zmienione z Destiny na Shizen. Miłego czytania!

_____________________________________________

                Każdy człowiek w swojej palecie uczuć przechowuje kilka standardowych reakcji na poszczególne codzienne zjawiska. Uśmiecha się, kiedy jest zadowolony, płacze, kiedy się smuci, wzdycha, kiedy starsza kobieta szuka drobnych, stojąc na czele zniecierpliwionej kolejki do kiosku. Jednak tylko autorzy horrorów przewidzieli, co się dzieje, kiedy najgorszy koszmar zaczyna się spełniać, a bezradność paraliżuje nasze ciała.
                W każdej historii w pewnym momencie występuje wątek zetknięcia się głównego bohatera twarzą w twarz z przeznaczeniem i to głównie od tej przełomowej chwili zależą dalsze losy świata. Nie byłam w stanie sprawdzić, czy mój problem jest na tyle poważny, żeby wymagać interwencji prezydenta Stanów Zjednoczonych, ale dobitnie czułam, jak pojedyncze kości wiotczeją wbrew mojej woli.
                Cała sytuacja nie podobała mi się ani trochę, więc postanowiłam, że muszę coś zrobić – w swoim czasie. Na wszystko przychodzi odpowiednia pora, jedynie sztuką jest ją wyczuć.

                Shizen postukiwała nerwowo długopisem o brzeg ławki. Sto siedemdziesiąt cztery minuty lekcji, bez najmniejszej nawet przerwy, było zdecydowanie ponad jej siły i w tym momencie marzyła już tylko o tym, żeby wyjść, zaczerpnąć świeżego powietrza i wypalić papierosa, ewentualnie całą paczkę.
                Kątem oka widziała bezimiennego chłopaka z ostatniej ławki. Czarne, potargane włosy okalały jego twarz z wyraźnie zarysowanymi kośćmi policzkowymi. Bazgrolił coś zawzięcie w rogu kartki, aby następnie ją wyrwać i rzucić w stronę blondyna dwa rzędy obok. Kulki z papieru latały jej przed nosem z siłą mikro-pocisków, więc musiała wykazać się niesamowitym opanowaniem, żeby nie wstać i wrzasnąć na całe gardło, co o tym myśli.
- Może pani Grey odpowie nam na to pytanie – dotarł do niej głos nauczycielki.
Zmierzyła ja od stóp do głów krytycznym spojrzeniem.
- A może nie? – oparła najchłodniejszym tonem, na jaki było ją stać.
- Masz spore zaległości i musisz je nadrobić. Zorganizuję ci pomoc od któregoś z uczniów – kontynuowała.
- Obejdzie się. I tak to mnie zbytnio nie interesuje – Shizen wzruszyła ramionami.
Kobieta pokręciła głową, jakby była już przyzwyczajona do tego typu odzywek.
- Nie wiem, czego nie rozumiesz w słowie musisz? – spytała lekko rozeźlona.
- Muszę, to egzystować wbrew swojej woli z tymi wszystkimi popaprańcami. A czy pani już rozumie znaczenie słowa muszę? – jej fałszywie słodki głosik rozniósł się po sali, chociaż oczy ciskały błyskawice.  
Kilka osób spojrzało na nią z lekkim podziwem, kilka z przestrachem, a kilka z wyraźną wrogością.
Wreszcie ktoś się postawił!
Ale słyszeliście jej ton? Aż mnie ciarki przeszły!
Czy ona właśnie nazwała nas popaprańcami?!
                Cała klasa pogrążyła się w splocie cichych szeptów. Nawet tajemniczy brunet podniósł zaciekawiony wzrok znad kartki i patrzył na nią z dozą podziwu i politowania. Shizen wyprostowała się dumnie na krzesełku i uśmiechnęła się ironicznie. Już pierwszego dnia udało jej się zwrócić na siebie uwagę i pokazać wszystkim, że w tej grze nie jest byle jakim zawodnikiem. Ona zawsze wygrywa, a i tym razem nie zamierza odpuścić.

                Ku mojemu wielkiemu zdziwieniu pierwsza lekcja nie była taka zła. Trzy godziny nudy dla trzech minut widowiska z moją skromną osobą w centrum zainteresowania – całkiem niezły wynik jak na pierwszy raz.
                Nie mogłam pozwolić, żeby wzięli mnie za byle nowicjusza. Dobrze wiedziałam, jak funkcjonują takie miejsca. Nic ponad zwykłe prawo dżungli – tylko najsilniejsi przetrwają. Groźni drapieżcy zawsze znęcają się nad zwierzyną łowną, szczególnie w środowisku zdeprawowanych nastolatków, a mnie bliżej było do przyczajonej pantery niż zlęknionej łani. Oczywiście niemożliwością byłoby pokazanie całego arsenału możliwości. Moja osoba w większych dawkach mogłaby okazać się co najmniej niestrawna, chwilami doprowadzająca do obłędu.
                Nie ukrywam, że zainteresowała mnie postać chłopaka z wizji. Jeśli w każdym mogłam czytać jak w otwartej księdze, to on stanowił dla mnie jedną wielką niewiadomą. Ale czy chciałam go poznać? Sama nie wiem. Nie potrzebne mi były żadne bliższe znajomości, pomijając te niezbędne do przetrwania. W końcu każdy władca ma pod sobą całą świtę poddanych, prawda?

                Dziewczyna oparła się plecami o betonową konstrukcję trybun. Dzień był względnie słoneczny, jednak wcale nie rozjaśniło to otoczenia. Cała posesja miała w sobie coś takiego, co kazało czym prędzej wrzucić wsteczny bieg i odjechać daleko stąd. Gdyby nie ludzie, pałętający się dookoła, można by uznać to miejsce za opuszczone.
                Shizen obserwowała przechodzących uczniów z pogardliwą miną. Klimat poprawczaka przeniósł się na większość z nich – oni nawet nie chodzili. Oni się snuli.
                - Shizen, tak? – drobna szatynka spojrzała na nią wielkimi sarnimi oczami.
                - Zależy kto pyta, bo jeśli nasłała cię policja, to jestem Kate – sarknęła.
                Dziewczyna wybuchła perlistym śmiechem, po czym wyciągnęła przed siebie dłoń.
                - Marié – powiedziała z wyraźnym francuskim akcentem.
                Shizen popatrzyła na nią, po czym ostentacyjnie odwróciła wzrok.
                - Nie podaję ręki ludziom, których nie znam – odparła.
                Marié wyglądała na zbitą z pantałyku, jednak niczym nie zrażona stała u boku blondynki.
                - Wiem, że początki są trudne. Sama jestem tu rok i do dziś pamiętam swój pierwszy dzień. Serio, wróciłam do pokoju cała uwalona błotem – opowiadała radosnym głosem, po czym zachichotała. – Ale tobie to nie grozi. Prędzej byś ich zasztyletowała spojrzeniem, niż oni podeszliby do ciebie.
                - Ty jednak podeszłaś – Shizen warknęła cicho, wyzbywając się resztek taktu.
                - Och, bo widzisz… – dziewczyna zamieszała się. – Uznałam, że lepiej poznać się na neutralnym gruncie, skoro mamy dzielić pokój.
                Shizen poczuła, jakby dostała w twarz. Bardzo powoli odwróciła się w jej strony i wytrzeszczyła oczy.
                - Że co będziemy? – spytała.
                - Dzielić pokój – Marié nie traciła fasonu. Mimo tak negatywnej reakcji, nadal uśmiechała się przyjaźnie.
                Shizen westchnęła i usiadła na betonowym schodku. Nie tak wyobrażała sobie tutejszy pobyt. Za nic nie przypuszczałaby, że utknie w jednym pomieszczeniu ze swoim całkowitym przeciwieństwem – jakąś wesołą dziewczyną, która nie wiadomo co robiła w tej wylęgarni rozpusty. Już po chwili Marié przykucnęła obok niej i spojrzała tęsknie w dal.
                - Wiem, że niespecjalnie ci się to podoba, ale musisz jakoś przeboleć – westchnęła. – Przez mój pokój przewijają się kolejne osoby i nigdy nie zagrzewają miejsca na dłużej. Albo wychodzą po dwóch miesiącach, albo przenoszą je do innych zakładów. Myślę, że nie spodziewają się tutaj nikogo, kto nie jest zepsuty do szpiku kości albo po prostu zabijam ich nienaturalnym entuzjazmem, chociaż na co dzień nie jestem aż taka straszna. Widzę, że i tym razem starałam się zbyt mocno.
                Dziwne myśli zakołatały w głowie Shizen. Poczuła nagły przypływ sympatii do tej drobnej dziewczyny, kucającej obok niej na opustoszałych trybunach. Przecież ona próbowała być tylko miła.
                - No okej, może się jakoś nie pozabijamy – rzuciła oszczędnie, unosząc lewy kącik ust. Jak na nią to było i tak bardzo dużo.
                Marié zerwała się z miejsce.
                - Skoro tak, to muszę ci koniecznie opowiedzieć kto jest kim – zawołała przez ramię.
                Shizen pokręciła głową z rozbawieniem i ruszyła za nią poznawać swój nowy świat.

                Nie mam pojęcia dlaczego tak szybko zgodziłam się na znajomość z tą nadpobudliwą Francuzką. Być może zrobiło mi się po prostu trochę jej szkoda – pasowała do tego miejsca jak pięść do nosa. Ale w końcu każda znajomość owocuje. Możliwe, że w takiej sytuacji dobrze było mieć sojusznika w postaci bomby energetycznej, która może wprowadzić mnie do nowego środowiska.
                Może życie wcale nie musiało być takie okropne? Może los skierował mnie w to miejsce, żeby wyperswadować mi wszystkie wpajane od najmłodszych lat teorie? Mogłam jednak tylko obserwować i czekać, mierząc się ze światem jak z największym rywalem.

                Ciepłe, wieczorne powietrze wpadało do pokoju przez uchylone okno. Shizen siedziała na parapecie, spoglądając w dal beznamiętnym wzrokiem. Nadal nie mogła się pogodzić, że utknęła w takim miejscu bez żadnych przywilejów. Do jasnej cholery! Nie mogła mieć ze sobą nawet telefonu komórkowego, chociaż i tak nie miała się z kim kontaktować.
                Dobiegł ją dźwięk wody, uderzającej o zniszczone kafelki w kabinie prysznicowej. Marié ostatecznie uznała, że przedstawianie mieszkańców zakładu można przełożyć na dzień następny, bo po tak długim dniu Shizen pewnie będzie chciała odpocząć. Dziewczyna dla świętego spokoju nie dyskutowała. Wolała spędzić wieczór samotnie w pokoju, niż biegać po terenie poprawczaka ze szczebioczącą coś radośnie Francuzką.
                I wtedy stała się rzecz z pozoru zwyczajna, jednak biorąc pod uwagę panujące warunki, niespodziewana. Po pokoju rozległo się puknie do drzwi. Shizen podeszła do drzwi i złapała za klamkę. Po drugiej stronie nikogo nie było.
                - Głupie żarty – przewróciła oczami.
                Kiedy miała zamykać drzwi, coś przykuło jej uwagę – na wycieraczce leżała mała, zmięta karteczka. Z bijącym sercem podniosła ją i delikatnie rozprostowała. Jej oczom ukazała się krótka wiadomość, zapisana schludnym, choć nieco pospiesznym pismem.

Najwyższy czas się poznać, prawda? Przyjdź za piętnaście minut pod trybuny. Spokojnie, kamery Cię nie namierzą, zadbam o to.
A.
               
                Pierwsza myśl – wyrzuć, zignorować i iść spać.
Nie  wiadomo, kto to jest.
Jedno zdanie, przemawiające jednocześnie za i przeciw.
A może to jakiś żart?
W końcu Marié powiedziała jej, co się działo w czasie jej pierwszych dni. Z nią samą rzekomo miało być inaczej, ale kto przewidzi, co siedzi w głowach tej bandy degeneratów?
Ostatecznie zdecydowała się, nie wiedząc, czy będzie tego żałować, czy nie. Zgarnęła z wieszaka znoszoną parkę i wyszła z pokoju, delikatnie zamykając za sobą drzwi. Po dłuższej chwili, spędzonej w labiryncie korytarzy, znalazła wyjście od strony szkoły.
- Idealnie – wyszeptała sama do siebie, kiedy okazało się, że było otwarte. Tajemnicza postać najwidoczniej zadbała o wszystko.
Silniejszy powiew powietrza rozwiał jej splątane włosy. Noc była wyjątkowo piękna. Nawet sam teren zakładu wyglądał inaczej – jakoś magicznie. Shizen ruszyła przez siebie wydeptaną ścieżką w kierunku trybun, oświetlanych żółtawym światłem, przez wielkie lampy. Po raz pierwszy rozkoszowała się chwilą – szeleszczącymi liśćmi, cykającymi świerszczami, a nawet zapachem wysuszonej trawy.

- Już myślałem, że nie przyjdziesz – usłyszała męski głos za plecami.

________________________________________________________

Rozdział ten dedykuję nowemu siedzisku i taśmie klejącej. Bez was to nie byłoby to samo.

Witam wszystkich po dłuższej, aniżeli krótszej, przerwie. Wiem, że zostało Was niewiele, bo już widzę ten las (rąk) komentarzy, ale to nie jest ważne. Grunt, że co najmniej dwie osoby niemalże codziennie zaglądają na bloga - to bardzo miłe i dziękuję Wam za to. Dziękuję również za nominacje do Liebster Awards. Dawno już się w to nie bawiłam, ale niestety cierpię na kompletny brak czasu, przez co nie byłabym w stanie nikogo nominować, bo - aż wstyd to przyznać - nie czytam zbyt wiele blogów. Jak już na jakiś wpadnę, jest to stare, zakończone opowiadanie, które znam i uwielbiam od lat. Ale wielkie dzięki! Bardzo miło jest mieć świadomość, że ktoś uważa moją robotę za dobrze wykonaną. 
Koniec smęcenia. Mam nadzieję, że rozdział się Wam podobał i że uraczycie mnie jakimiś słodkościami poniżej. Do następnego!

Zabb.

poniedziałek, 20 października 2014

#5.

                
                Żeliwne drzwi, prowadzące do tymczasowego aresztu, zaskrzypiały złowieszczo, kiedy sierżant Brown postanowiła je otworzyć za plecami wspólników. Na całym korytarzu rozciągał się smród przegniłych pościeli, ciężkich krat i wilgotnego powietrza. Destiny dyskretnie zakasłała w obwisły rękaw pasiastej koszuli.
                - Macie dziesięć minut – padła krótka, acz treściwa informacja.
                Dziewczyna skinęła głową, jakby chcąc pospieszyć kobietę do opuszczenia pomieszczenia i skierowała swoje kroki w stronę celi numer 23.
                - Cześć – rzuciła, zatrzymując się przed celem wyprawy.
                Zmarnowany mężczyzna kulił się w rogu, porzuciwszy resztki skrywanej dumy i honoru. Rozciągnięty kitel skutecznie skrywał jego sylwetkę tak, że żaden znajomy nie rozpoznałby w nim tego starego Lewisa Greya.
                - Destiny? – spytał chrapliwie, wybudzając się ze stanu zawieszenia. – To naprawdę ty?
                Blondynka wywróciła oczami na klasyczny tekst z melodramatu.
                - Nie obchodzi mnie nic, oprócz tego, jak ja mam się wydostać z tego bagna – oświadczyła najchłodniejszym tonem, na jaki było ją stać. – Nie zamierzam kiblować za to, co zrobiłeś.
                Lewis powoli zsunął się z pryczy i podszedł do kraty, oddzielającej go z córką.
                - Ale to nie ja – wyszeptał gorączkowo, jakby się bał, że jeśli powie coś więcej, to niebo spadnie mu na głowę.
                - Oczywiście, ojcze – parsknęła. – A ja dzisiaj rano spotkałam czterech baletmistrzów z Azerbejdżanu, parząc poranną kawę z kokosa.
                Spojrzał na nią obłąkanym spojrzeniem.
                - Nikt nie jest bezpieczny, kiedy one patrzą – wyrzucił z prędkością karabinu maszynowego.
                Destiny przeszły ciarki po plecach, jednak nie miało to nic wspólnego z niską temperaturą, która nagle zdawała się spaść o kolejne kilka stopni. Poczuła, jakby właśnie umykał jej jeden z najistotniejszych elementów układanki.
                - Co za one? – warknęła, zezłoszczona swoim brakiem samokontroli.
                Pan Grey przełknął nerwowo ślinę i utkwił w niej rozbity wzrok.
                - Cienie.

                Bałam się. Po raz pierwszy poczułam taki cholerny strach, że nocą trzymałam szeroko otwarte oczy, byleby nie zasnąć.
                Słowa ojca błądziły w moich myślach, ilekroć wracałam do tamtej chwili.
                One patrzą.
                Poczułam spojrzenie niewidzących oczu na swoim karku. Dwoje pustych oczodołów jakiegoś groteskowego widma z horroru, wyczekującego mojej rychłej śmierci.
                Jedną nogą już stałam w grobie, więc co mnie powstrzymywało przed postawieniem tego ostatniego, decydującego kroku?
                Właśnie on.

                Sprawa odbyła się w tempie nadzwyczajnym. Do przewidzenia było, że media prędzej czy później dowiedzą się o całym zajściu i zmuszą organy władzy do dopięcia wszystkiego na ostatni guzik.
                Ach, jaka to była sensacja! Proces córki najznakomitszego biznesmena, rządzącego miastem. Ludzie chcieli więcej i więcej. Wszystkie brudne sprawki wyciekły szybciej niż woda z kranu, a statystyki kupna miejscowych gazet pięły się ku górze. Jednak cztery miesiące, trzy rozprawy i hektolitry wypitej kawy później było już po wszystkim. Przypadek Destiny Grey cichł, a wraz z nim głosy oskarżycieli i obrońców dziewczyny. Wszystko powoli wracało do normalności. Dziennikarze opisywali bohaterskie akcje ratownicze, sąsiadki z parteru znów obgadywały tę jędzę z trzeciego, której pies notorycznie podlewał ich petunie w ogródku, a mordercy, porywacze, samobójcy i tym podobni wrócili do spełniania się zawodowo. Nikt już nie żył sprawą dziewczyny z zaburzeniami osobowości, przez które nie trafiła na stałe do więzienia. Czekało ją piekło, bądź raj – w opinii co po niektórych. Zakład resocjalistyczno-terapeutyczny o pozornie wzmożonym nadzorze.
                Kilka znoszonych koszulek w podstawowych kolorach spoczęło na dnie małej walizki. Schronisko dla nieletnich nie oferowało pięciogwiazdkowych warunków, więc nie czuła się nijak przywiązana do opuszczanego pokoju. Spędziła w nim wystarczająco dużo czasu, aby je porządnie znienawidzić. Opuszczając jego mury, odetchnęła z ulgą. Stan zawieszenia minął, więc mogła jedynie cieszyć się z obrotu, jaki przybrały sprawy.
                Tylko na jak długo?
               
                Czas dłużył mi się niemiłosiernie. Cztery miesiące wyrwane z życia przepadły gdzieś bezpowrotnie,  a ja nie byłam w stanie nic na to poradzić. Mogłam tylko biernie się  przypatrywać, jak inni decydują za mnie o moim życiu.
                Nie raz zdarzył się moment, kiedy chciałam rzucić to wszystko i uciec gdziekolwiek, byle daleko, ale z trudem się powstrzymałam.
                I chyba było warto.

                Samochód jechał krętą, piaszczystą drogą. Nie było już mowy o jakimkolwiek zboczeniu z kursu czy nietrafieniu do celu. Surowy krajobraz przewijał się za szybą w monotonnym, wręcz usypiającym tempie.
                Destiny siedziała w dość niegodnej pozycji na tylnim siedzeniu małego autka. Dobitnie czuła, jak cała sytuacja jej uwłacza, jednak tym razem postanowiła zachować milczenie. W oddali majaczył się zarys ponurego budynku, ale odpychała od siebie myśl, że za kilkanaście minut będzie stała u jego bram. Poczuła się jak wygnaniec. Miała wkroczyć w całkowicie nieznany jej świat, zdana na łaskę, bądź niełaskę losu. Odludek wpuszczony do zdeprawowanej społeczności. Kiepski żart?
                W końcu służbowy samochód Christiny zaparkował na zarośniętym parkingu, który zdawał się nie mieć bliższego kontaktu z ogrodnikiem od dłuższego czasu. Strzelista brama, zakończona drutem kolczastym, rzucała przygnębiający cień na ich twarze.
                - Spokojnie, Des, dasz radę – sierżant Brown postanowiła rozwiać niewypowiedziane obawy dziewczyny.
                - Ja bym nie dała? – Grey uniosła lewy kącik ust w niepewnym uśmiechu.
                Kobieta zaśmiała się głośno i uścisnęła opiekuńczo jej ramię.
                - Koniec tych czułości – warknął nowoprzybyły.
                Obie odwróciły się powoli w stronę kipiącego wściekłością mężczyzny, wyłaniającego się zza bramy.
                - Spóźnione. Czy tak trudno przybyć na czas? – kontynuował tyradę z takim zaangażowaniem, że krople jego śliny torpedowały okolicę.
                - Pan wybaczy, panie…? – odparła zirytowana przedstawicielka władzy.
                - Panie wystarczy – zaśmiał się strażnik, mrużąc nieprzyjemnie oczy.
                Łatwo się domyślić, że Destiny nie zapałała do niego zbyt ciepłymi uczuciami. Zlustrowała go chłodnym spojrzeniem rasowego zabójcy.
                - Destiny Grey, sir – skłoniła się delikatnie, nie spuszczając z niego wzroku nawet na moment.
                - Wiem – parsknął. – W końcu nowi są tu tak rzadko, że wręcz tryskamy radością na ich przybycie.
                Sierżant postanowiła przerwać tę niekończącą się dyskusję i zainterweniować.
                - Nie uważa pan, że należałoby ją wprowadzić już do środka?
                - Sam dobrze o tym wiem, paniusiu – uniósł sarkastycznie brew. – Panienka sama sobie ponosi bagaż. Tutaj nie ma specjalnego traktowania.
                Destiny podniosła niewielką torbę i zarzuciła ją sobie na ramię. Spodziewała się kompletnej dziczy, ale to ją zaskoczyło. Gburowaty strażnik, jako wizytówka ośrodka?
                - Ciekawie się zapowiada – skwitowała, po raz ostatni zerkając na Christinę.

                Nie rozumiem, czemu ludzie tak narzekają na poprawczaki. Naprawdę, to banda bardzo sympatycznych dzieciaków, które po prostu znalazły się nie tam, gdzie trzeba! Można się z nimi świetnie dogadać, zaprzyjaźnić, zagrać w nogę czy nawet w szachy.
                Przyjęli mnie bardzo miło, jakbym była swego rodzaju powiewem świeżości w ich życiu. Nie mogłam narzekać na brak zainteresowania lub uwielbienia. Moje życie znowu nabrało sensu!
                Dobra, poprawczaki to dno.

                Budynek od samego początku nie wyglądał zbyt zachęcająco, ale Destiny postanowiła go nie oceniać. Szare, pozdrapywane ściany, zapleśniałe witryny i kraty w oknach nie musiały iść w parze z okropnym wnętrzem, prawda?
                Strażnik, który okazał się być Macmillanem Brandsem, otworzył przed nią wzmacniane metalem drzwi i nim zdążyła przejść, wyminął ją w progu. Zmarszczyła delikatnie nos, rozglądając się dookoła. Hol zbytnio nie imponował ani stylistyką, ani dbałością. Jedyne, czego nie można mu było odmówić, to sporawe rozmiary. Pomieszczenie było oświetlane czterema podłużnymi jarzeniówkami, rzucającymi nierówne pręgi na obskurne ściany, a na samym końcu znajdowały się schody, wyglądające, jakby pamiętały czasy wojny. Każdy stopień skrzypiał złowieszczo pod jej wysłużonymi, czarnymi trampkami.
                - Czas cię odprowadzić na zajęcia chyba, nie? – sapnął.
                - Do szkoły chyba też miałeś pod górę, nie? – mruknęła pod nosem, jednak ciężkie kroki strażnika zagłuszyły jej słowa.
                Zatrzymali się dopiero pod podrapanymi drewnianymi drzwiami, których osobiście by dla siebie nie wybrała. Gdzieś w rogu znajdowała się tajemnicza inskrypcja K+M, otoczona drobnym serduszkiem. Po drugiej stronie ktoś starannie wygrawerował misterne szatanie różki z sugestywnym dopiskiem ‘I tak wszyscy kiedyś umrzemy’. Po głębszym zastanowieniu Destiny doszła do wniosku, że mogłaby je polubić.
                - Zostawiaj tam torbę, a ja czekam tu – polecił Macmillan zachrypniętym głosem.
                Grey teatralnie wywróciła oczami. Nie była żadnym orłem, ale podstawy pisowni znała doskonale. Postanowiła ukrócić te męki, bo im szybciej zrobi to, co powiedział Gbur, tym szybciej się go pozbędzie. Bez większego przekonania otworzyła drzwi i jej wzrok od razu przyciągnęło zagracone łóżko koło okna. Zaraz, zagracone?
                - Nikt mi nie wspominał, że mam mieszkać z kimś – warknęła, wracając na korytarz.
                - Nikt też ci nie powiedział, że to nie pięciogwiazdkowy hotel, dziecino? – strażnik sarknął w odpowiedzi.
                Naburmuszona trzasnęła drzwiami i ruszyła przed siebie w stronę wyjścia. Dudniące kroki za plecami utwierdziły ją w przekonaniu, że Brands biegnie za nią, lecz bez lekkości gazeli.
                - Wiesz chociaż, gdzie iść? – krzyknął.
                - Nie.
                Długi dialog skończył się niezbyt delikatnym szarpnięciem za ramię i surowym spojrzeniem.
                - To ja cię poprowadzę – powiedział przez zęby i po raz kolejny tego dnia wyminął wściekłą dziewczynę.
                Po krótkiej wymianie różnorodnych jęków i powarkiwań udało im się w końcu wyjść na świeże powietrze, które świeże było jedynie metaforycznie. Droga do prowizorycznej szkółki składała się z zasuszonego trawnika, którego pojedyncze źdźbła łamały się z cichym trzaskiem pod jej stopami. Słońce wzbijało się powoli w niebo nad linią horyzontu, symbolizującą tę lepszą stronę świata.
                 Budynek szkolny również jej nie oczarował, jednak trzeba było przyznać, że był o wiele bardziej zadbany. Na ceglastej konstrukcji gdzieniegdzie przebijały się plamy pleśni, przykryte zmarnowanymi pnączami, przytrzymywanymi na zwykłe białe nitki. Był niski, raczej jednopiętrowy, choć kto wie, co mogło czaić się na strychu. Spomiędzy poszarzałych cegłówek odpadał tynk, ale całość wydawała się być dość solidna.
                Destiny wiedziała, że teraz czeka ją najgorszy moment. Po całym życiu otrzymywania prywatnych lekcji, musiała przejeść przez ciężki proces bycia nowym w klasie. Klasie pełnej ludzi, jakby ktoś nie pojął jeszcze powagi sytuacji. Tym razem Gbur, jak go już ochrzciła w myślach, uchylił jej drzwi ze złośliwym uśmieszkiem. Ku wielkiemu zdziwieniu zauważyła, że są nowe, choć zawiasy porastały kolejną warstwą rdzy.
                Dumnie przekroczyła próg i stanęła na środku niezbyt zatłoczonej klasy. Jej spojrzenie ślizgało się po twarzach zebranych, jakby byli świniami przeznaczonymi na ubój.
                - A to jest Destiny Frey – przedstawiła ją staruszka, siedząca pod oknem.
                - Grey – poprawiła ją odruchowo i zamilkła.
                Widziała, jak wręcz pożerają ją wzrokiem, bynajmniej nie w pozytywnym sensie.
                Nowa, nowa, nowa.
                Jakby słyszała ich myśli. Kilka dziewczyn z nastroszonymi fryzurami popatrzyło na nią z obrzydzeniem, a może nawet lekką zazdrością. Faceci albo zajęli się swoimi sprawami, albo oceniali kiedy uda się im ją wyrwać. Jedna czy dwie osoby uśmiechnęły się z politowaniem, jakby chciały powiedzieć, że ona jeszcze nie wie.
                Tłum nastolatków, każdy inny, ale jakoś nie przypatrywała im się z większym zaangażowaniem. Stała jak skamieniała w miejscu i wlepiała przerażone spojrzenie w chłopaka z ostatniej ławki.
                To był właśnie on.

                Chłopak z wizji. 

__________________________________________________________


Rozdział ze specjalną dedykacją dla mojej kochanej Claudine April, która obchodzi dzisiaj swoje szesnaste urodziny. Jeszcze raz wszystkiego najlepszego, czika!
To specjalnie dla niej data dodania rozdziału została przyspieszona, tudzież spięłam tyłek i napisałam to, co trzeba.

Czas na podziękowania!
Dziękuję Wam za to, że już zajrzeliście tutaj ponad 5000 razy (tak, tak, i tak każdy wie, że ponad połowa to byłam ja). Świętujemy również setkę komentarzy. Wyjątkowym szczęściarzem, któremu przypadł zaszczyt (taa) napisania komentarza numer 100 jest moja droga Serafino! 

A teraz czas na kajanie się na stercie rozgrzanych kamieni. Myślę, że rozdziały będą pojawiać się w mniejszych niż dotychczas odstępach czasu, bo jak już zauważyliście, coś zaczyna się dziać. Teraz znajdziecie więcej dialogów i tym podobnych. Jeśli macie jakieś uwagi, zastrzeżenia, czy też moje ulubione - komplementy (z natury skromna), to piszcie!

Nadal zachęcam do odwiedzania Zarysu Bloga.

Gorąco całuję,
Zabb.

poniedziałek, 22 września 2014

#4.



                W każdej dobrej powieści kryminalnej autor dzieli postacie na te dobre i te złe. Z reguły w każdej grupie znajdzie się co najmniej jednej geniusz rękodzieła, któremu miliony czytelników złożą swoje serca w ofierze. Zawsze uważałam się za osobę z dość dobrze rozwiniętą umiejętnością racjonalnego myślenia, lecz popełniłam niewybaczalny błąd.
                Stresujące sytuacje wyzwalają w ludziach zachowania, o jakie by sami siebie nie podejrzewali. Od kiedy sięgam pamięcią, traktowałam mój ścisły umysł jako jednostkę niezawodną, więc to akurat mi nie groziło.
                Jednak czasami jeden, z pozoru nic nie znaczący, błąd potrafi zrujnować budowany latami światopogląd i w ciągu sekundy wszystko zaprzepaścić…

                Niebiesko-czerwone światła odbijały się na przemian w panoramicznych oknach przestronnego salonu. Tłum gapiów, ubranych w pluszowe szlafroki, stał za żółtą taśmą z czarnym napisem ‘POLICJA’, przestępując nerwowo z nogi na nogę.
                Ciężkie kajdanki krępowały ręce Destiny. Jeden mundurowy posyłał jej raz po raz pogardliwe spojrzenia znad notesu.
                - Dzisiaj nie będziesz płakać, księżniczko? – spytał jak rasowy wyśmiewca.
                - Dzisiaj nie mogę, sierżancie Scott – odpowiedziała apatycznie.
                Jeszcze bardziej skuliła się w sobie, patrząc na srebrny worek na środku pokoju. Wiedziała, że w nim znajdują się szczątki tego, co przed kilkoma godzinami było jej rodzicielką.
                Cały teren był zabezpieczony. Policjanci w wielkich, gumowych rękawiczkach chodzili po mieszkaniu i zbierali dowody oraz ewentualne odciski palców.
                Destiny jeszcze mocniej zacisnęła powieki, aż zobaczyła przed nimi świetliste mroczki.
                Odciski palców.
                O d c i s k i  p a l c ó w.
                O tej jednej rzeczy nie pomyślała, kiedy wyławiała narzędzie zbrodni z wnętrza nieboszczki matki.
                O odciskach palców.
                Już było jasne, że cała ta sprawa nie skończy się na herbacie i upomnieniu. Makabryczne morderstwo, dokonane przez ojca z córką. Gazety szaleją. Było to oczywiste już w chwili, kiedy sanitariusze nie okryli jej kocykiem na ukojenie nerwów. Została brutalnie posadzona na niewygodnej, skórzanej kanapie, lepiącej się do jej brudnego ciała, z rękami wykręconymi przy plecach. Potraktowali ją jak pierwszego lepszego mordercę, bo tym właśnie w ich oczach była. Jakim trzeba być zwyrodnialcem, żeby podnieść rękę na najbliższą osobę?
                Destiny wiedziała, że zapłaci wysoką cenę za pijaństwo ojca. Nawet nie spodziewała się, jak wysoką.

                To przesłuchanie różniło się od wszystkich innych w mojej karierze. Nikt nie przemawiał do mnie spokojnym, pogodnym głosem. Nikt nie pytał, czy czegoś potrzebuję. Nikt nie prosił mnie o współpracę.
                W swoich aktach mieli już pełny zarys wydarzeń i nie chcieli, aby słowa rozstrojonej psychicznie nastolatki utrudniły im zamknięcie sprawy. Morderstwa zawsze były dość śliskim tematem, który zdawał się ciągnąć w nieskończoność. Ludzie byli spragnieni rozrywki i to nie zmieniło się przez lata. Niczym zwierzęta żerowali na krzywdzie innych. Nie mieli pojęcia jak to jest stracić kogoś bliskiego i w sumie ich to nie obchodziło.
                Śmierć odwiedza nas w najmniej odpowiednich momentach i nim zdążymy poczuć jej zimny oddech na twarzy, leżymy martwi pięć metrów pod ziemią.  
               
                Zgrabna kobieta przechadzała się po niemalże opustoszałym pokoju z marsową miną. Zwykle jej wewnętrzny policjant bez trudu dogadywał się z zewnętrznym, ale nie tym razem. Intuicja nakazywała jej przeanalizować wszystko pod innym, z pozoru niezbyt istotnym,  kątem, chociaż sprawa była już względnie uporządkowana, a jej zamknięcie majaczyło się już za horyzontem.
                Wiedziała, że nie tak zachowuje się morderca. W swojej długiej i owocnej karierze miała wątpliwą przyjemność zamknąć w więziennych murach wielu opryszków, a oni dzielili się na dwa typy. Pierwszy zaklinał się na wszystko, że jest niewinny, chociaż dowody wyraźnie wskazywały na coś innego, a ostatecznie ‘pękał’ i przyznawał się do popełnionego czynu. Drugi zaś pozwalał się zakuć z miną zwycięzcy, licząc na to, że pozostanie powitany przez współwięźniów jak król.
                Destiny Grey stanowiła wyjątek od tej reguły. Nie starała się na siłę nic udowodnić, ani nie promieniowała samozadowoleniem. Sprawiała wrażenie, jakby porzuciła ciało w zaludnionym pokoju, a myślami błądziła po zupełnie innej krainie, funkcjonującej na jej zasadach. Każde oskarżycielskie słowo przyjęła z czymś, co mogłoby uchodzić za namiastkę pokory i nie odezwała się nawet na słowo.
                - Daj mi szansę ci pomóc – poprosiła postać skuloną w najciemniejszym kącie pomieszczenia.
                Po raz kolejny odpowiedziało jej nieobecne spojrzenie błękitnych, przekrwionych oczu.
                - Coś mi nie pasuje w tej układance, tylko nie wiem jeszcze co – powiedziała bardziej do siebie, bo porzuciła na tę chwilę zabieganie o uwagę dziewczyny.
                - Oni i tak nie zrozumieją – wycharczała nagle.
                Sierżant Brown obrzuciła ją pełnym nadziei spojrzeniem i przykucnęła na ziemi.
                - Cześć, Destiny. Mam na imię Christina – zaczęła łagodnym głosem.
                Skinienie głową.
                - Chcesz teraz ze mną porozmawiać? – spytała.
                Dziewczyna wyprostowała się i odgarnęła niesforne kosmyki z twarzy.
                - Ale ty nie wiesz, czy chcesz tego słuchać – stwierdziła takim tonem, jakby wymieniały się przepisami na dziękczynnego indyka.

                Przewidywanie przyszłości nie było moją bajką. Swoją cenną uwagę koncentrowałam jedynie na konkretach, których tym razem nie było za wiele. Każda reakcja poszczególnych osób była już odgórnie zapisana w grubych księgach ich psychiki, a ja nie mogłam nic poradzić na to, że jako jedna z nielicznych potrafię je odczytać.
                Jednak jestem tylko człowiekiem. Stosunkowo rzadko komukolwiek udaje się mnie zaskoczyć, ale zdarzają się takie przypadki. Jednym z nich była niejaka Christina Brown, sierżant komendy policji, władającej moim małym miasteczkiem.
                Może się wydawać, że moja historia to zbiór nieszczęśliwych opowiastek o złych ludziach, wiecznie stających mi na drodze. Christina stała się moim światełkiem, błyskającym nieśmiało na samym końcu ciemnego tunelu. Musiałam tylko podjąć jedną, kluczową decyzję.
                Czy mogłam jej zaufać?

                Kiedy nastąpił przełomowy moment, Destiny siedziała z odrętwiałymi kończynami na pamiętnym polowym krzesełku. Przeżarty przez mole, sztywny materiał skutecznie uprzykrzał jej pobyt w sali przesłuchań, jednak tym razem było jej wszystko obojętne.
                Nie zwracała uwagi na irytującą muchę, starającą się wydostać z potrzasku. Nie interesował jej zatęchły zapach, opanowujący pomieszczenie. Wyraźnie czuła, że straciła wszystko, co mogła, więc wygoda nie miała znaczenia.
                - Możemy zaczynać? – spytała Brown, zajmując miejsce naprzeciw niej.
                - Jasne – wymamrotała dziewczyna bez większego przekonania.
                - Zanim zapytasz, powiem ci, że ta rozmowa nie jest w żaden sposób nagrywana i pozostaje tylko między nami – oświadczyła kobieta, czemu towarzyszyło obojętne wzruszenie ramionami ze strony rozmówczyni.
                Na pięć długich minut zapadła cisza, zmącona jedynie bzyczeniem owada i starej żarówki. Kiedy mogło się zdawać, że nie będzie miała końca, rozległ się cichy, lekko zachrypnięty głos, jakby jego właścicielka powoli zapominała jak się mówi.
                - W tym właśnie leży problem – wycharczała Destiny, zmieniając pozycję.
                Sierżant Brown zmarszczyła brwi w geście niezrozumienia.
                - W czym?
                - Bo ja nic nie zrobiłam – wyjaśniła. – Nawet nie zareagowałam. Stałam jak głupie dziecko z rozdziawioną gębą i nie ruszyłam nawet palcem, kiedy ten skurwiel patroszył moją matkę.
                Kobieta puściła mimo uszu prostolinijne wyrażenie.
                - To nie twoja wina. Każdy by postąpił podobnie.
                - Ale ja nie jestem każdy – z głosu niebieskookiej ciągle bił ten sam chłód.
                -Zrozum, że jestem tu, żeby ci pomóc – Christina ponowiła prośbę, tłumiąc westchnięcie.
                - Póki co nie robisz tego, tylko mnie naiwnie usprawiedliwiasz.
                Nikt nie obiecywał, że będzie łatwo. Nikt nie zapraszał na spotkanie przy kawie uroczej trzynastolatki, udzielającej się społecznie. Zamiast pogodnego dziecka, miejsce na sali przesłuchań zajmowała pokarana przez los nastolatka.
                - W takim razie opowiedz mi swoją wersję – zażądała Brown, jakby rzucając dziewczynie ukryte wyzwanie.
                Wiedziała, że ma już ją w garści, a przynajmniej w zasięgu dłoni.
                - Dobrze – odparła Grey po krótkiej chwili. – Tylko na starcie wybierz numer do waszego policyjnego psychiatry, bo jak będzie po wszystkim, zmienisz zdanie.
                I zaczęła opowiadać…


                Wyrzuciłam z siebie wszystko i chyłkiem obserwowałam jak różnorodne emocje pląsają po jej twarzy. Chociaż usilnie starała się nie dać nic po sobie znać, to spojrzenie mówiło wszystko, a ponoć oczy są zwierciadłem duszy. Zakładając oczywiście, że ktoś wierzy w takie brednie jak dusza.
                Czekałam na moment, kiedy panowie w białych kitlach przyjdą łaskawie ofiarować mi sweterek z uroczo długimi rękawami, kończącymi się gdzieś w okolicach pach.
                Kiedy pierwszy szok minął, odezwała się nieco bardziej świadomie i zadała kilka dodatkowych pytań, choć i one były wymuszone, bo moja opowieść nie dała jej nawet cienia zwątpienia.
                Wiedziałam, że mi uwierzyła. Znałam takie przypadki jak jej i spodziewałam się, że pomimo niewiarygodności całej sprawy, ona wypełni postawione przed sobą obietnice i zostanie ze mną tak długo, dopóki nie będzie w pełni usatysfakcjonowana.
                I dopóki ja nie będę.



 ___________________________________________________


Witam wszystkich serdecznie po tak długiej przerwie! Tym razem nie możecie wystawić mnie w dybach na środek rynku głównego, bo opóźnienie nie wynikło z mojej winy, a przynajmniej nie bezpośrednio. Otóż popsuła mi się (taa, sama!) ładowarka od laptopa, uziemiając w ten sposób świeżo napisany rozdziały. Dwoiłam się i troiłam, aż w końcu pożyczyłam trochę prądu i ta dam, wracam z dziełem niezbyt długim, ale dość satysfakcjonującym.

Skoro jestem teraz na żywo, to zapraszam Was gorąco do zakładki ZARYS BLOGA, gdzie dowiecie się co planuję, czym się inspiruję i ogólnie co siedzi pod moją skudłaną czupryną :) 

Całuję Wszystkich!
Loca Zabb.


Obserwatorzy

.