poniedziałek, 30 grudnia 2013

#1.


                Będąc dzieckiem, zawsze miałam tendencję do fantazjowania. Wierzyłam we wszystko, co podyktowała mi wybujała  wyobraźnia, a było to poniekąd błędem. Senne mary przedkładałam nad rzeczywistość, całkowicie odcinając się od świata. Inni wytykali mnie palcami – ‘dziwadło’. Często im współczułam. Ja, dziecko, które widzi śmierć przyczajoną w kącie, współczułam. Podczas gdy wyglądałam przez okno, rozpamiętując ostatnie sny, oni wlepiali tępe spojrzenia w migoczące ekrany telewizorów. Lecz nawet mnie wszystko zaczęło przerastać. Do reszty postradałam zmysły.
Każda kolejna wizja odbierała cząstkę mnie. Dobitnie czułam wszystkie te braki, budząc się nazajutrz oblana zimnym potem. Tym razem nie było inaczej..

                Donośny krzyk przeciął absolutną ciszę poranka. Oczy dziewczyny otwarły się szeroko, a w bladych tęczówkach błąkał się strach. Czyste przerażenie, które potrafi niejednego zwalić z nóg. Zerwała się  z miejsca i podbiegła do okna, jak to miała w zwyczaju. Rozsiadła się na parapecie, przyciskając kolana do klatki piersiowej.
                Kiedy udało się jej wreszcie otrząsnąć, niebo zmieniło kolor z atramentowego na szary. Deszczowe chmury przysłoniły słońce, a namolny wiatr smagał gałęzie drzew. Pogoda była paskudna – idealnie odpowiadała jej wyobrażeniom tamtego dnia.
                Po kilkusekundowym wahaniu złapała za lufcik i uchyliła okno. Wzdrygnęła się, czując chłód na nagich nogach. Przerzuciła je na drugą stronę, rozkoszując się orzeźwiającym powietrzem. Do osiągnięcia pełnego spokoju brakowało jej jednej drobnostki, lecz załatwiła to, sięgając po ozdobną szkatułkę z pobliskiej szafki. Z gazowej zapalniczki buchnął płomień, przypalając koniec papierosa. Siwy dym znikał w mgle równie szybko, jak się pojawiał.
                - Destiny! – usłyszała wołanie, dobiegające ze schodów.
                Mozolnie wyrzuciła niedopałek i wróciła do pokoju.
                - Tak? – spytała oziębłym głosem, gdy matka przekroczyła próg.
                - Wychodzę do pracy. Postaraj się – omiotła spojrzeniem pomieszczenie – nie narobić większego syfu niż jest.
                - Dla ciebie, zawsze – dziewczyna skinęła głową, siadając na krześle.
                Drzwi zamknęły się z głośnym trzaskiem. Des odwróciła się do lusterka, przygładzając rozczochrane blond włosy. Dostrzegła strach, błąkający się nadal w jej oczach. Wizje jej nie służyły.
                Opuściła powieki, zatracając się w swoim świecie. Nasuwała się jej setka pytań, a każde zaczynające się od tego samego słowa.
                Dlaczego?

                Ta sama scena, a jednak zupełnie inna. Widziałam go, choć nie do końca. Gdyby z szafy wypadł seryjny morderca, nakazując mi rozpoznać tego chłopaka, prawdopodobnie byłabym martwa.
                W tym wszystkim najbardziej martwiła mnie postać skryta w cieniu. Dlaczego go zabiła? Dlaczego znów to zobaczyłam? Tym razem oboje stali w opuszczonej uliczce, której nie rozpoznawałam. Jak dotąd nie narzekałam na lotność umysłu, lecz tego dnia ktoś stłamsił we mnie zdolność racjonalnego myślenia. Przeszywający ból w skroniach całkowicie odwrócił moją uwagę od rozgrywającej się scenki. Widzialny dla mnie był jedynie całokształt. Nie miałam czasu, by wnikać w szczegóły .Od widoku sączącej się krwi z piersi chłopaka, zakręciło mi się w głowie. Obudziłam się, przeraźliwie krzycząc, choć to i tak nie odzwierciedlało w pełni moich uczuć.

                Krople deszczu przylegały do szyby, a pióropusze wycieraczek systematycznie je strząsały na boki. Mężczyzna w średnim wieku wpatrywał się z uporem maniaka na rozciągającą się przed nim autostradę. Minę miał zaciętą i niezwykle surową, co wyjaśniałoby nastawienie siedzącej na tylnim siedzeniu dziewczyny.
                - Możemy zawrócić – Destiny po raz setny próbowała wyperswadować ojcu, że nie potrzebuje wizyty u psychologa.
                - Nie możemy – odwarknął w odpowiedzi, jeszcze dobitniej skupiając wzrok na ulicy.
                Blondynka skrzyżowała ręce na piersiach i wydęła usta. Spodziewała się takiej reakcji, lecz nadal łatwo nie odpuszczała. Jej ojciec był najbardziej upartą osobą jaką znała. Zaraz po niej samej.
                - Dlaczego, do jasnej cholery, traktujecie mnie jak pieprzonego świra? – ciągnęła monotonnym, oziębłym głosem.
                - Wyrażaj się! – zganił ją.
                Lewis Grey był biznesmenem. Jednym z tych, którzy za udaną transakcję wskoczyliby w ogień. Rodzina stanowiła dla niego część pokazową, niezbędną w zawodzie. Nawet w tamtej chwili, zerkał nerwowo na zegarek, sprawdzając czy nie spóźni się na kolejną obradę. Zamiast przygotowywać teczki z ważnymi dokumentami, siedział w aucie z naburmuszoną córką, by zawieźć ją do kliniki psychologicznej. Życie potrafi być ciężkie i niesprawiedliwe w najmniej odpowiednich momentach.
                - Nie chcesz tu ze mną być – z jej ust padło stwierdzenie.
                Lewis wykrzywił twarz w grymasie niepodobnym do uśmiechu, lecz nic nie odpowiedział.
                - W takim razie możesz mnie tu zostawić – kontynuowała, co raz bardziej natarczywie.
Mężczyzna nie wytrzymał.
                - Żebyś uciekła i przez kolejne dwie godziny włóczyła się z jakimiś podejrzanymi typami?! – wybuchnął.
                Nigdy nie wnikał co robi jego córka i z kim. Miała siedemnaście lat, była prawie dorosła. Jednak obiecał żonie, że dostarczy Destiny na miejsce. Honor i uczciwość były sprzeczne z jego stylem bycia, ale tym razem chciał odegrać swoją rolę i wrócić do przerwanych zajęć.
                - Skąd to wywnioskowałeś? – spytała, nie okazując krzty zdziwienia.
                - Nie musisz wszystkiego wiedzieć – syknął.
                Rozmowa była definitywnie zakończona.

                Czasami, gdy przechadzam się samotnie po mieście, ludzie rozpoznają mnie jako córkę Lewisa Greya. Pytają: ‘Jak to jest mieć takiego ojca? Pewnie jesteś z niego dumna’. Przeważnie posyłam im ironiczny uśmieszek, powstrzymując się od głośnego śmiechu. Lewis Grey był, jest i będzie zwykłym skurwysynem, ślepo goniącym za dziecięcymi marzeniami. ‘Musisz być z niego dumna!’. Wywracam oczami, niemalże parskając. Ludzie zawsze mieli tendencję do wpieprzania nosa w nie swoje sprawy. Jeszcze nie mieli pojęcia, że nie warto zbyt dużo wiedzieć. Nadmiar informacji mógł zaszkodzić równie mocno, jak trucizna w porannym kakao.

                - Powiedz mi jeszcze raz, co widzisz – nakazał ostry głos.
                - Nie sądzę by cokolwiek się zmieniło przez ostatnie dwie minuty – mruknęła Destiny, rozkładając się na czerwonej leżance ze skóry.
                Sprężyny wbijały się jej boleśnie w plecy, lecz nie mogła okazać słabości. Z psychologami było jak z niedźwiedziami. Obie bestie bezbłędnie wykrywały najmniejszy nawet zalążek strachu.
                - Współpracuj – warknęła, zaciskając mocniej palce na trzymanym piórze wiecznym. – Jestem tu by ci pomóc.
                Johanne Montt nienawidziła swojej pracy. Za każdym razem, gdy przydzielono jej nastoletniego pacjenta, miała ochotę rzucać czym popadnie, nie bacząc na konsekwencje. Ciężki przypadek. Jeżeli dzieci tolerowała, to młodzież była zarazą, którą należało tępić w wyjątkowo okrutny i brutalny sposób. Najchętniej pozamykałaby wszystkich młodocianych recydywistów w piwnicach i wypuściła dopiero po osiągnięciu przez nich pełnoletniości.
                - Ciężko jest wyleczyć kogoś, kto jest zdrowy. Prawda, pani doktor? – rzuciła Des, skubiąc resztki czarnego lakieru z paznokci.
                - Uwierz, że nie mam ochoty tu być – zacmokała, wykrzywiając usta pomalowane wściekle różową szminką.
                - Co za przypadek, bo ja też – zawołała dziewczyna z udawanym entuzjazmem. – Może nie będziemy uprzykrzać sobie życia, więc pożegnam się bez zamiaru powrotu?
                Kobieta załamała ręce. Przed oczami ciągle miała twarz Lewisa Greya, powtarzającego do znudzenia, że jej córka ma nie opuszczać sesji.
                - Byłoby miło, aczkolwiek zmuszona jestem odmówić tej kuszącej propozycji – uśmiechnęła się bez krzty wesołości.
                Przerzucała papiery z jednej sterty na drugą, nie zdając sobie sprawy z tego, co robi. Głowę zakrzątały jej sprawy ważniejsze, niż sny niezrównoważonej psychicznie nastolatki.
                Korzystając z nieuwagi psycholożki, Destiny wyciągnęła z torby paczkę Marlboro.
                - Ty chyba nie zamierzasz tu palić? – obruszyła się.
                Blondynka otwarła szerzej oczy, udając zdziwienie.
                - Och, to ja może wyjdę na korytarz?
                - Bądź łaskawa otworzyć okno – Johanne nie uraczyła jej spojrzeniem.
                Grey, z miną zwycięzcy, przeszła na drugą stronę pomieszczenia. Odepchnęła się rękoma od kamiennego gzymsu i wskoczyła na parapet. Odpaliła jednego papierosa i zaciągnęła się., a przyjemnie drażniące opary wypełniły jej płuca.
                Siedziała nieruchomo kilka minut, wpatrując się w plecy Montt i nie mogła uwierzyć w to, co widziała. Zapewne było to zwykłe złudzenie optyczne. Jedno z tych, o których czytała w książkach o iluzji. Wypuszczony przez nią dym zatrzymał się w powietrzu. Wyglądał jak Cień. Widmo przebijające na wylot pierś Johanne.
                Oddychała głęboko. Sięgnęła lewą ręką do lufcika. Rześki powiew powietrza rozwiał włócznię i wszelkie obawy.
                - Mogę już iść? – spytała, wymuszając na sobie beznamiętny ton.
                Kobieta spojrzała na zegarek.
                - Możesz – rzekła krótko, wracając do pracy.
                Destiny nie siliła się na grzeczność. Opuściła gabinet, nie wiedząc, że robi to po raz ostatni.

                Nienawidziłam tych sesji z całego serca, o ile je w ogóle posiadałam. Stara dewotka, wyglądająca jak właścicielka burdelu, mówiła mi co mam robić, a co nie. Nikt nie miał prawa wydawać mi poleceń.
                Podczas policyjnego szkolenia psów, człowiek kładzie rękę na łapie zwierzęcia by pokazać swoją dominację. W stosunkach międzyludzkich wyglądało to nieco inaczej. Sztuką było pokonać przeciwnika siłą umysłu.
                Małymi krokami do celu, ale ja miałam czas. Dużo czasu.
                Johanne Montt okazała się być godnym przeciwnikiem, lecz z czasem także musiała ulec. Przerabiałam ją powoli. Numer z papierosem, który odstawiłam, miał sprawdzić na ile mogę sobie pozwolić. W tamtym momencie byłam już pewna, że mam ją w garści.
                Martwiła mnie tylko jedna sprawa. Spędzała sen z powiek i spokój z duszy.
                Co oznaczał Cień?
                Nie musiałam długo czekać na odpowiedź.

                Smukła kobieta opierała się o blat kuchenny, trzymając w ręce haftowany fartuch. Wodziła znudzonym spojrzeniem po ciasnym pomieszczeniu.
                - Serce domu – prychnęła.
Sos grzybowy przywierał do patelni, a makaron stawał się suchy i łamliwy. Tyle w kwestii rodzinnego obiadu. Żałowała, że nakazała mężowi zawieźć córkę do psychologa. Gdyby zrobiła to sama, zaoszczędziłaby wszystkim stresu.
                Ale jak zawsze nie mogła.
                Delikatna i wrażliwa kobieta w towarzystwie przenikliwych lekarzy jest niezbyt przyjemną wizją.
                - Wróciliśmy! – od progu zabrzmiał tubalny bas Lewisa.
                Zerwała się z miejsca, nakładając jedzenie na trzy talerze. Destiny otaksowała ją uważnym wzrokiem.
                - Prawdopodobnie nie umiesz liczyć, ponieważ ja nie jem – rzuciła lekceważąco, nalewając sobie soku z kartonu.
                - Prawdopodobnie powinnaś okazać więcej szacunku matce – warknął zdenerwowany ojciec, wchodząc do zatłoczonego pomieszczenia.
                - Tyle co ty? – zadrwiła latorośl.
                Odwróciła się na pięcie.
                - Jak śmiesz?! – wykrzyknął oburzony, unosząc rękę.
                Żona złapała go za ramię i odciągnęła do tyłu.
                - Nie wtrącaj się, Deborah! – zawarczał, policzkując ją otwartą dłonią.
                Kobieta krzyknęła, łapiąc się za obolałą twarz. Spojrzała w oczy Lewisa. Dostrzegła czystą nienawiść.
                Moment nieuwagi wystarczył, by dziewczyna uciekła na piętro. Na wszelki wypadek zamknęła zasuwkę drzwi. Ojciec w chwili napadu złości mógł być nieobliczalny.
                Skoczyła na łóżko, naciągając kołdrę na głowę. Przeszył ją pulsujący ból w skroniach, zagłuszający dzwonek telefonu.
                - Destiny! – krzyknęła Debby.
                Zrezygnowana dziewczyna pobiegła na dół. Panowała cisza, czyli ojciec zaszył się w gabinecie.
                - Des – wyszeptała matka na jej widok.
                Na jej prawym policzku nadal było widać czerwony odcisk dłoni.
                - Dzwonili z kliniki – ciągnęła.
                Dziewczynie ścisnęło się gardło. Wiadomości nie mogły być dobre.
                - Pani Montt… - zaczęła zdławionym głosem. – Pani Montt nie żyje.





______________________________________________






Rozdział ten dedykuję:

Lordowi Horcruxowi - pierwszej osobie, która go przeczytała i zaakceptowała. Dziękuję za słowa wsparcia x
Claudine - osobie, która na samym początku zna cały przebieg historii. Dziękuję za pomoc x
Anonimowej Angie - osobie, przy której zaczęłam Szedołsa. Dziękuję za szczery komentarz, haha x
Princess Expecto - osobie, która wytrzymała ze mną kilka godzin w Galerii Krakowskiej, słuchając narzekań na gorzką kawę. Dziękuję za inspirujący dzień x
I wszystkim tym, którzy zaglądali tu, licząc na pojawienie się rozdziału.

Witam wszystkich gorąco, po tak długiej przerwie!
Na początku chciałabym Wam podziękować.
Wow, aktualnie pod prologiem znajduje się 66 komentarzy. Nadal w to nie wierzę, Mam nadzieję, że statystyka się utrzyma :)
Wiem, że mój styl nie jest idealny, więc piszcie swoje szczere opinie, abym mogła coś poprawić.

Pozdrawiam gorąco,

Loca Zabb.

czwartek, 21 listopada 2013

#Prologue.



                Stara latarnia oświetlała opustoszałą ulicę. Chłopak był sam. Objął się, energicznie rozmasowując zziębnięte ramiona. Mokra bluza przykleiła się do jego ciała, niczym druga skóra. Schował dłonie w kieszeniach, lecz był to raczej odruch, niż chęć ogrzania się. Ruszył przed siebie szybkim krokiem, jednak po chwili zwolnił. Nigdzie mu się nie spieszyło. Nie wiedział gdzie iść.
                Pojedyncze krople wody zwiastowały nadejście kolejnej ulewy. Naciągnął głębiej kaptur na głowę, szykując się na deszcz. Bał się. Miał dziwne przeczucie, że zaraz zdarzy się coś okropnego, ale w żaden sposób nie potrafił tego logicznie wyjaśnić. Chciał uciec, schować się, ale coś mu nie pozwalało. Poczuł na sobie spojrzenie. Rozejrzał się dookoła, lecz nie dostrzegł niczego podejrzanego: po obu stronach uliczki stały liczne sklepy, zamknięte już o tak późnej porze.
                Latarnia zamigotała i zgasła z cichym sykiem. Już jedynie księżyc oświetlał mu drogę, swoją bladą poświatą. Uderzył go słodkawy zapach, którego nie potrafił zidentyfikować. Przyjrzał się jednej witrynie sklepowej i mógł przysiąc, że coś się tam poruszyło. Kierowany odruchem, podszedł bliżej i przykucnął przed samą szybą. Jego palce natrafiły tylko na kamienie śliskie od mchu. Pokręcił głową, jakby nie wierząc w to, co robi, i wstał. Najprawdopodobniej miał pierwsze objawy hipotermii, więc wzrok mógł płatać mu figle. Przetarł oczy dłońmi zaciśniętymi w pięści, zostawiając na twarzy błotniste ślady. Uśmiechnął się jak szaleniec, zwrócił głowę ku górze i wpatrywał się w niebo. Nie miał pojęcia co tam robił, ani dlaczego nie leży w ciepłym łóżku. W tamtym momencie to nie było istotne. Czuł, że musi odegrać fragment scenariusza swojego życia i odejść. Nie chciał tego. Miał wrażenie, że to nie skończy się niczym dobrym, ale postanowił to zignorować. Uszczypnął zdrętwiałą od zimna dłoń i nic nie poczuł. Więc musiał to być sen. Okropny, parszywy koszmar. Jeden z tych, po których budził się zalany zimnym potem, z przyspieszonym oddechem. Rozluźnił każdy mięsień swojego ciała, szykując się na najgorsze.
                Kątem oka dostrzegł sylwetkę, przemykającą wzdłuż rynsztoku. Odskoczył jak oparzony i znów dał się nabrać swojej chorej wyobraźni, bo jak inaczej to wytłumaczyć? Zmarszczył brwi i z impetem wpadł na postać, zagradzającą mu drogę. Spojrzał szeroko otwartymi oczami, nie dowierzając. W tamtym momencie strach w pełni zawładnął jego ciałem. Chciał krzyczeć, ale miał ściśnięte gardło. Przeczuwał to od początku, lecz dopiero wtedy to do niego dotarło.
                Mężczyzna uniósł dłoń, a spod obszernej szaty wystawał nóż. Rozciągnął usta w szyderczym uśmiechu i uniósł narzędzie na wysokość klatki piersiowej chłopaka. Pogroził mu palcem jak matka, która przyłapała swoje dzieci na kradzieży słodyczy i wbił ostrze po samą nasadę, przebijając jego serce.
                Chłopak wydał z siebie zduszony okrzyk, a jego oczy zaszły mgłą. Osunął się powoli na ziemię, z twarzą zastygłą w wyrazie zdziwienia. Cień jeszcze kilka minut stał nad jego znieruchomiałym ciałem, patrząc jak kurczy się w sobie. Po siedmiu minutach gałki oczne zmarłego zapadły się w głąb czaszki. Wyglądał krucho i niepewnie. Gdyby nie szkarłatna plama, rozciągająca się na jego bluzie, można byłoby uznać, że śpi.
                Postać odeszła, pozostawiając narzędzie zbrodni obok ciała. Tamta noc była symboliczna. Zwiastowała powrót Cieni Śmierci.


Obserwatorzy

.